Przede wszystkim nawet jak mnie tu nie ma, piszę do Was w myślach, szkoda tylko, że nie można tego błyskawicznie wysłać na bloga przez podczerwień:-) Już jesień, a ja paradoksalnie odżywam, nabieram harmonii i balansu, mam trochę spraw z tyłu głowy, które wciąż przede mną, ale godzę w sobie gdzieś to wszystko, co się we mnie ostatnio kłębiło. I zamykam powoli to, co niedomknięte. Lubię melancholię jesieni i gdybym miała określić jaką porą roku jest moja muzyka wiem, że jest jesienią z każdym promieniem zniżającego się słońca i z każdą kroplą deszczu. Zawsze artystycznie odżywam jesienią, przytulam się do muzyki i dobrze mi z nią. Przepraszam się też trochę z internetem, a wiecie, że miałam totalny przesyt fb i całą internetową komunikacją. Teraz myślę też, że miało to naturalny związek z latem, kiedy eksploruje się świat, podróżuje, dłubie w ogródku, biega, jeździ na rowerze i biesiaduje z ludźmi do późnej nocy.

Wiecie też, że moja obecność publiczna ma jasno wyznaczone przeze mnie granice. Nie używam słit foci, nie zabieram fb „pod kołdrę” tj. do mojego intymnego, prywatnego świata ani na romantyczną kolację, ani na wakacje. Nie zobaczycie mnie w kąpielowym stroju czy też pod pomnikiem lub katedrą, które akurat podziwiam. Nie podróżuję i nie żyję ze smartfonem w ręce. I nie chcę tego zmieniać. I tak mamy wystarczająco dużo zamieszania wokół siebie z całą naszą gromadką:-)

Dla mnie latem czas jakby zwalnia i zastyga jak powietrze w upalny dzień. Latem celebruję drobne przyjemności, kawę w ogrodzie, truskawki na deser, lody i zieleń, uwierzcie mi upajam się zielenią, zapachem traw, zachodzącym słońcem, ciepłem. Po prostu jestem jak bateria słoneczna, która się ładuje na resztę roku. Lubię być latem z innymi, ale lubię też być sama. Tegorocznym „hitem” tarasowych wieczorów okazała się Nina Simone. Była Carla Bruni, Sade, Ania Dąbrowska, ale to jednak Nina najlepiej wypełniała przestrzeń między oczami, ustami i słowami. Sączyła się…jak dobre wino. W jazzie chyba najbardziej lubię to, że się sączy… Kiedy ją słyszę widzę naszą tarsową biel i włoski klimat.

Mimo to- lato zawsze za szybko mija i praktycznie opadły już wszystkie liście z naszych drzew. Aktywność, to takie modne słowo, no więc ja się przez ten czas tak odbijałam od aktywności do wyciszenia i kroku wstecz, w głąb siebie. Dotarło do mnie, że potrzebuję tego w hałasie informacyjnym, zabieganiu, natłoku spraw i codzienności. Tak wewnętrznie czuję, że z wielu spraw się wycofałam, choć jeszcze niedawno myślałam, że chcę osiągnąć to i to i nie wyobrażałam sobie inaczej. Dziś mam poczucie własnej wartości. Nie muszę tego udowadniać. Jestem sobą, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Dużo dała mi rozmowa z E., która była jak katharsis. Od decyzji nie jestem wolna i nigdy nie będę, ale chyba sama ze sobą się jakoś pogodziłam, na pewno też inaczej spojrzałam na te wszystkie moje pragnienia i chciejstwa i wiele z nich przestało się pojawiać na mojej liście. Zmieniają się moje priorytety.

Ostatnio, kiedy czekało mnie pewne wyzwanie i głośno zapytałam :”Co ja mam robić?” mój Mąż powiedział: „Po prostu bądź sobą, to wystarczy”. Dało mi to niewiarygodną siłę i było jednym z najpiękniejszych komplementów. Po prostu być sobą, bo żadna taktyka i plan nie mają sensu, jeśli to nie jest autentyczne i nie wypływa z nas. To ma też drugą stronę medalu, bo oznacza równocześnie, że nie potrafię się ugryźć w język, mówię, co myślę. Kiedy nie czuję chemii i nie jest mi z kimś po drodze nie zamilknę dla świętego spokoju. Kiedy jednak coś mnie fascynuje też bez oporów i kalkulacji dam całą sobą wyraz temu, że tak jest. I oby to się nigdy nie zmieniło.